100 lat Adwokatury

Ostatnie pożegnanie adw. Piotra Kozła

16.01.2013

Poniżej publikujemy wspomnienie adw. Krzysztofa Komorowskiego, przyjaciela i patrona mec. Piotra Kozła, członka Komisji Komunikacji Społecznej NRA. Zostało ono odczytane podczas uroczystości pogrzebowych mec. Kozła, które odbyły się 17 stycznia w Warszawie.

Żegnaj, Piotrze.

Dwa proste, krótkie słowa, których nie da się wypowiedzieć bez emocji. Emocji tym większych, że żegnamy Syna, Męża, Ojca i Przyjaciela, który odszedł od nas przedwcześnie, pokonany przez nieubłaganą chorobę. Walczył z nią dzielnie i wytrwale, lecz tej walki nie wygrał.

Żegnam Piotra, jak bardzo bliską mi osobę. Tak się bowiem składa, że wszystkich powierzonych mojej opiece aplikantów traktuję jak swoje dzieci.

Piotra poznałem, kiedy był jeszcze studentem. Współpracowałem wtedy z Jego Tatą, który pewnego dnia zapytał, czy jego syn mógłby u mnie odbyć praktykę wakacyjną. Zgodziłem się bez wahania i wkrótce spotkaliśmy się z Piotrem. Zadałem Mu wtedy standardowe pytanie: czy chce odbyć prawdziwą praktykę, czy też tylko uzyskać zaliczenie, które mogłem dać mu od ręki, bez sprawdzania, czy coś umie, czy nie. Piotr odpowiedział, że interesuje Go wyłącznie prawdziwa praktyka, po której zamierza podjąć decyzję co do swego celu w życiu.

To były ciężkie dni. Dla mnie. Piotr – głodny wiedzy – od pierwszego dnia  zasypał mnie lawiną pytań, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się jak najwięcej o adwokaturze i wykonywaniu zawodu adwokata. Trzeba oddać Mu sprawiedliwość, że już wtedy miał dużą i ugruntowaną wiedzę teoretyczną, którą chciał skonfrontować z praktyką.

Efekt tego był taki, że przez ten miesiąc czułem się, jakbym uczestniczył w niekończącym się egzaminie. Chyba jednak go zdałem, bo Piotr okazywał zadowolenie.

Po zakończeniu praktyki okazało się, że wynikły z niej trzy skutki:

Pierwszy to ten, że polubiłem Piotra za jego ciekawość świata, kulturę osobistą i pogodę ducha.

Drugi to ten, że Piotr oznajmił mi, iż wie już, jaki ma cel w życiu i że celem tym jest adwokatura.

Trzeci to ten, że na pytanie Taty Piotra o moją ocenę jego latorośli mogłem z pełnym przekonaniem odpowiedzieć: to będzie rasowy adwokat.

I był.

Na jakiś czas straciłem kontakt z Piotrem. Odezwał się, kiedy zamierzał zdawać egzamin na aplikację i zapytał, czy mógłby być moim aplikantem. Zgodziłem się chętnie, mając pewność, że to bardzo dobra decyzja.

Piotr nie byłby sobą, gdyby nie „zaprotegował” swego przyjaciela Marcina Kurkowskiego. Cóż było robić, zgodziłem się na obu.

Egzamin na aplikację zdali „w cuglach”. W tym czasie doszedł jeszcze Jarek Kusz i w takim składzie rozpoczęliśmy wspólną przygodę, zwaną dla niepoznaki aplikacją adwokacką.

Bardzo szybko okazało się, że wszyscy trzej mają jednakowo dużą motywację i chcą w jak najkrótszym czasie zdobyć jak najwięcej wiedzy o wymarzonym zawodzie. Poza pozytywnymi był też jeden niepokojący mnie skutek. Ci trzej „przyjaciele z boiska” bardzo szybko wyeliminowali mnie z uczestniczenia w rozprawach przed sądem rejonowym, a później przed okręgowym. Nie ukrywam, że zacząłem obawiać się popadnięcia w tej mierze we wtórny analfabetyzm. Jednak obawy te okazały się płonne i aplikacja przebiegała bez przeszkód. No prawie...

Piotr nie utrzymywał na swoim biurku przesadnego porządku. Można nawet powiedzieć, że był po trosze bałaganiarzem. Faktem jest, że w tym pozornym bałaganie orientował się bez problemu, lecz czasami widok jego biurka budził mój sprzeciw. Stało się rytuałem, że w takich razach musiałem użyć argumentu: „Piotruś, bo będziemy się gniewać”. Działało, ale na krótko. Potem Piotr dość szybko osiągał status quo ante.

W trakcie aplikacji przypomniała o sobie choroba Piotra. Nie poddawał się i walczył z nią dzielnie, z największym trudem godząc naukę z leczeniem. Podkreślić trzeba, że nie próbował stosować wobec siebie taryfy ulgowej i w przepisanych terminach uzyskiwał kolejne zaliczenia.

Tak dotrwał do egzaminu adwokackiego, który zdał bez jakichkolwiek problemów (poza zdrowotnymi).

Nadszedł dzień, którego nigdy nie zapomnę. Po ślubowaniu adwokackim Piotr po raz pierwszy w życiu założył swoją własną togę, już jako pełnoprawny adwokat.

Widok był budujący. Przygarbiony zwykle Piotr nagle wyprostował się i urósł. Widać było, jak bardzo przeżywał ten moment, kiedy wreszcie osiągnął założony cel.

Przez jakiś czas współpracowaliśmy ze sobą. Wtedy to poznałem jeszcze inne walory Piotra.

Przede wszystkim ten, że szczególnie interesowały Go trudne sprawy. Kiedy dyskutowaliśmy nad jakimś zagadnieniem, często zaskakiwał mnie swoimi koncepcjami, które na pierwszy rzut oka mogły wydawać się wręcz księżycowe. Stosował wtedy swoją ulubioną taktykę, która polegała na tym, że uważnie wysłuchał, co ja mam do powiedzenia na temat konkretnej sprawy, a następnie wygłaszał frazę: w zasadzie zgoda, ale ... i przystępował do wyłożenia swojej koncepcji. I stawała się rzecz dziwna. Koncepcja Piotra okazywała się bardzo przemyślana i niemalże banalnie prosta.

Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, doszedłem do wniosku, że sprawdziła się co do joty moja przepowiednia wygłoszona po zakończonej praktyce studenckiej Piotra.

Niestety, choroba nie chciała ustąpić. Piotr – walcząc z nią – musiał dokonywać heroicznych wręcz wysiłków, aby móc funkcjonować w miarę sprawnie. Dużo pomagała Mu w tym żona Kasia, też adwokat.

Wiem od Piotra, jak wielkie znaczenie miały dla Niego urodziny drugiego dziecka. Cieszył się z tego i był autentycznie dumny z powiększenia rodziny.

Mimo choroby aktywnie udzielał się w działalności samorządowej. Z perspektywy czasu możemy ocenić, jak wielki musiał być Jego wysiłek, aby podołać przyjętym na siebie obowiązkom. Uczestniczył także w kancelaryjnych „jajeczkach” i „śledzikach” wraz ze swoimi współkompanami z aplikacji i moimi obecnymi aplikantami.

Choroba jednak czyniła swoje. W pewnym momencie okazało się, że przyjmowane przez Piotra leki nie działają.

Kiedy odwiedziłem Piotra w szpitalu przed Świętami Bożego Narodzenia, miał świadomość, że walki z chorobą nie wygra. Niemniej jednak bardzo chciał spędzić te Święta z rodziną. I to się udało.

Dzisiaj żegnamy Piotra, którego dusza spogląda na nas z Nieba. No bo gdzieżby indziej miała udać się dusza kogoś tak dobrego, jak Piotr.

A więc, żegnaj Piotrze, a pamięć o Tobie na zawsze pozostanie w naszych sercach.

Tagi: NRA, komisja

Share on FacebookShare on TwitterShare on LinkedInSend Email