Sztuka przetrwania

W przewodnikach poleca się miejsca warte obejrzenia. Dziś mam ofertę specjalną dla fanów surwiwalu prawniczego, szukających dodatkowych wrażeń. Rekomenduję odwiedzenie Prokuratury Okręgowej przy ulicy Chocimskiej w Warszawie i podjęcie się obrony w sprawach, w których oskarżycielem jest – nazwijmy go tu – prokurator K. Gwarantuję, że chętnych czekają niezapomniane wrażenia.

Pod koniec grudnia podjąłem się prowadzenia sprawy karnej. Poprosiłem panią mecenas, z którą współpracuję, żeby udała się do mojego klienta na widzenie. Udzieliłem jej stosownej substytucji. Wcześniej musiała udać się po zarządzenie do prokuratury. Uznaliśmy, że słusznie będzie jeśli, przy okazji, weźmie również dla mnie zgodę na widzenie. Zamierzałem wybrać się też do tego klienta od razu po Nowym Roku. Widzenie dla siebie otrzymała w sekretariacie z podpisem prokuratora zastępującego prokuratora K., bo samego prowadzącego śledztwo nie było. Jednocześnie otrzymała też informację, iż widzenia dla mnie nie otrzyma, ponieważ prokurator obecny w tym dniu, nie prowadzi tej sprawy i nie zna akt. Niedowierzając poprosiła panią w sekretariacie, o upewnienie się co do treści decyzji. Ponieważ prokurator dyżurujący był bardzo zajęty, niezwłoczne otrzymanie odpowiedzi nie było możliwe. Obie panie umówiły się na rozmowę telefoniczną jeszcze w tym samym dniu. Po dwóch godzinach narad nadeszły wieści, że poprzednia decyzja pozostaje aktualna. Doszło zatem do absurdalnej sytuacji, że widzenie wydano substytutowi obrońcy oskarżonego, zaś odmówiono ustanowionemu obrońcy oskarżonego. Tłumaczenie, że wymaga to osobistej zgody osoby prowadzącej postępowanie nie znajduje pokrycia w obowiązujących przepisach.

W czasach gdy mnie uczono prawa odmowa przez urzędnika państwowego wykonania jego obowiązku wynikającego z przepisów prawa przy jednoczesnym naruszeniu czyjegoś interesu osobistego była spenalizowana w kodeksie karnym i zagrożona odpowiedzialnością karną. Skoro prokurator może odmawiać wydawania zgody na widzenia obrońcy, to widocznie od czasu, gdy ja się uczyłem prawa wiele się zmieniło. W swojej naiwności postanowiłem sprawę wyjaśnić i koleżanka zwróciła się do przełożonego prokuratora K. o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Odpowiedź przyszła niebawem. Przełożony sprawę wyjaśnił w sposób następujący: prokurator, który wydał zgodę na widzenie mojemu substytutowi „z uwagi na wykonywanie innych czynności, nieznajomości materiałów śledztwa, nie był w stanie natychmiast rozpoznać złożonego wniosku, w odniesieniu do drugiego z obrońców”. Dość dziwne jest, że osoba, która nie ma znajomości akt śledztwa podejmuje w nim decyzje. Jeszcze zaś dziwniejsze jest, że do wydania widzenia adwokatowi potrzebna jest znajomość akt śledztwa. Wydanie zgody na widzenia jest obowiązkiem prokuratury, który to obowiązek pracownik musi wykonać, jeśli nie chce naruszyć konstytucyjnego prawa do obrony. Zabawne jest również oderwanie autorki pisma od jakichkolwiek zasad logicznego myślenia. Jeśli urzędnik nie zna akt to albo niech nic nie robi, albo robi to, co nakazują mu przepisy. W tym wypadku przy nieznajomości akt prokurator mógł bez przeszkód wydać zgodę na widzenie jednemu adwokatowi, ale ta niewiedza uniemożliwia już podpisanie drugiego widzenia.

Wniosek płynie zatem taki, że jeśli prokuratorzy nie będą znali sprawy, nie będą musieli wydawać widzeń adwokatom i nikt ich do tego nie zmusi. Jeśli takie zasady logiki przełożony prokurator wpaja swoim podwładnym, jestem pełen obaw. Dalej, przełożony prokurator przybiera ton zaczepny stwierdzając, że pani mecenas, gdy żądała widzenia miała „podniesiony głos”. To ma zapewne zdyskredytować racje petenta. Autor tego pomówienia upodabnia się do bohatera bajki Carlo Collodiego – niejakiego Pinokia – bo podobnie jak on, rozmija się z rzeczywistością. Koleżanka mówiła spokojnie, a wręcz zaniemówiła z wrażenia dostrzegając irracjonalność sytuacji. Jak oceniać działanie osoby, która stawia adwokatowi zarzuty, a nie było jej przy zdarzeniu i nie wyjaśniła z adwokatem zaistniałej sytuacji? Jeśli takie metody śledcze stosuje się w prowadzonych postępowaniach, nie dziwię się, dlaczego budżet państwa tak dużo płaci z tytułu odszkodowań za bezpodstawne tymczasowe aresztowania.

Kilka dni później, prokurator K. odmówił żonie aresztowanego i jego dziecku widzenia przy stole, wydając zezwolenie „przez szybę”. Pani mecenas w czasie rozmowy telefonicznej z prokuratorem spytała, czy w przyszłości żona oskarżonego i dziecko będą mieli szansę uzyskać widzenie przy stoliku. Prokurator udzielił odpowiedzi w stylu Delfickiej Pytii. Stwierdził, że nie będzie udzielać odpowiedzi na pytania i nie będzie rozmawiał z obrońcą, a wszystkie pytania należy kierować do niego na piśmie. Logika godna bohaterów „Paragraf 22”. Prokurator jako urzędnik państwowy oświadcza, że nie będzie kontaktować się z petentami, nakazując kierowanie pytań do siebie na piśmie, zaznaczając jednak, że na zadane pytania nie będzie udzielać odpowiedzi.

W tej sytuacji zwróciliśmy się ponownie do przełożonego prokuratora – tym razem z pytaniem, do kogo mamy się zwracać jako obrońcy oskarżonego, jeśli prokurator prowadzący sprawę nie będzie z nami rozmawiać. Na razie nie ma odpowiedzi.

W styczniu, w sprawie prowadzonej przez prokuratora K. nastąpiła nowa fala zatrzymań. Ponownie podjąłem się obrony podejrzanego. Bezzwłocznie wysłałem do prokuratury fax, będący zgłoszeniem swojej osoby jako obrońcy, wraz z pełnomocnictwem. Poprosiłem o powiadomienie mnie o wszystkich czynnościach z udziałem mojego klienta. Po pewnym czasie zadzwonił przedstawiciel prokuratury. Mężczyzna nie miał nazwiska, bo zapytany przez sekretarkę z kim rozmawia, odmówił podania swojej godności (zakładam, że pracownicy prokuratury nie wstydzą się przedstawiać, więc skoro nie podał nazwiska to znaczy, że go nie miał). Ot taki Gal Anonim, tylko, że zatrudniony na państwowej posadzie i z naszych podatków. Ów anonim oświadczył, że przesłuchanie mojego klienta właśnie trwa. Gdy sekretarka powiedziała, że połączy rozmowę z obrońcą, anonim oświadczył, że z żadnym obrońcą nie będzie rozmawiał, bo nie ma czasu. Zapytany, gdzie odbywa się czynność przesłuchania, odmówił odpowiedzi. Poproszony by wstrzymać czynność przesłuchania podejrzanego do czasu przyjazdu obrońcy, co nastąpiłoby za kwadrans, oświadczył, że koledzy niczego nie będą przerywać. Dodał, że on robi grzeczność, że dzwoni, bo wcale nie musi i rozłączył się. Jeszcze w pięć minut po zakończeniu rozmowy sekretarka siedziała oszołomiona twierdząc, że z podobnymi manierami nie zetknęła się nigdy, nawet w kontaktach z klientami karnymi, którzy często odwiedzają naszą kancelarie. Po kwadransie aplikantka dotarła do prokuratury. Ponad 20 minut czekała na recepcji, by uzyskać zgodę na wejścia do środka. Gdy ją wpuszczono, przesłuchanie podejrzanego, w której to czynności chcieliśmy uczestniczyć, było już zakończone. Prokurator zrobił wszystko, by uniemożliwić podejrzanemu skorzystanie z pomocy obrońcy. Aplikantka poprosiła o udostępnienie jej postanowienia o przedstawionych zarzutach w stosunku do podejrzanego. Pracownicy prokuratury uzależnili to od zgody prokuratora K. Trzeba było uzyskać zgodę osoby, która, jak poprzednio oświadczyła, nie rozmawia z obrońcami i nie udziela na ich pytania odpowiedzi. Dziewczyna stanęła przed zadaniem przewyższającym skalą trudności syzyfowe prace. Heroicznie postanowiła jednak dokonać tego, co niemożliwe i wyruszyła prosto do paszczy lwa. Prokurator łaskawie zgodził się zapoznać obrońcę z zarzutami postawionymi klientowi. Aplikantka próbowała dowiedzieć się jeszcze o dostęp do akt. Usłyszała, że „zapoznać się z aktami będzie mogła po zamknięciu śledztwa, a jeśli nie wie kiedy to ma być, to niech zapyta kogoś z kancelarii, bo tam wiedzą”. Widocznie prokurator jest tak zajęty chodzeniem na zajęcia z savoir-vivre, że nie zdążył jeszcze zapoznać się z art. 156 kpk. Aplikantka próbowała ustalić czy w sprawie będzie wniosek o areszt, a jeżeli tak, to kiedy. Poinformowana została, aby o tę informację pytać następnego dnia, ale by nie dzwonić do prokuratora, bo on nie będzie z adwokatami rozmawiać z powodu braku czasu. Wszystkie wiadomości miała uzyskać w sekretariacie. Jak się później okazało, prokurator jest godnym następcą Pinokia. Od rana pracownicy kancelarii dzwonili do sekretariatu prokuratury, chcąc się dowiedzieć, czy wnioski zostały skierowane do sądu. Za każdym razem dostawaliśmy odpowiedź, że decyzja w tej sprawie nie została podjęta. W końcu, jedna z sekretarek uchyliła skrawka tajemnicy informując, że prokurator przesłał wnioski o areszt do sądu za pośrednictwem policjantów, bez powiadamiania sekretariatu o tym fakcie. Zatem, gdy pracownicy sekretariatu twierdzili, że decyzji jeszcze nie podjęto, wnioski były już w drodze. Gdy dowiedzieli się o tym, nie potrafili powiedzieć, jakiej osoby wnioski te dotyczą, bo prokurator zataił jej tożsamość. W konsekwencji, zawiadomienia o posiedzeniach przyszły faxem z sądu do kancelarii w godzinach wieczornych. Gdyby w kancelarii nie było pracownika dyżurnego, obrońca do dnia posiedzenia nie wiedziałby o jego terminie. Zamysł prosty: wyeliminować obrońców od udziału w czynnościach, w których mają prawo uczestniczyć.

Nie martwiłbym Państwa tą opowieścią, tym bardziej, że każdy na pewno przeżył podobną historię. Powodem napisania przez mnie niniejszego felietonu jest praca mecenasa Mikołaj Pietrzak, który jako przewodniczący Komisji Praw Człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej, przygotowuje dla Trybunału Konstytucyjnego opinie w zakresie doświadczeń adwokackich w kontaktach z osobami zatrzymanymi. Zostałem poproszony o przedstawienie swoich uwag. Kolegom z szacunku się nie odmawia, zatem spełniłem prośbę Mikołaja. Nie znoszę jednak Gallów Anonimów. Uważam, że jeśli coś przedstawiać to tylko publicznie, a nie po kryjomu poza wiedzą zainteresowanych. Uważam także, że ludzie prawa mają nazwiska i powinni być dumni, jeśli cytowani są w prawniczych tekstach. Spełniając prośbę Mikołaja, spisałem swoje doświadczenia z ostatnich dni. Zachęcam również innych adwokatów, aby dostarczali koledze z Komisji Praw Człowieka jak najwięcej informacji do jego raportu.

Chcę zaznaczyć, że mam setki doświadczeń z kontaktów ze wspaniałymi prokuratorami. Praca z nimi jest wielką przyjemnością. Uważam jednak poszanowanie zasad prawa i kultury jako normę, a nie odstępstwo od zasady. Raport, jak rozumiem, będzie dotyczyć patologii, nie zaś wzorcowych zachować, dlatego nie koncentrowałem się na prokuratorach godnych, których miałem okazję poznać w ciągu dwudziestu kilku lat pracy, ale na konkretnym przykładzie prokuratora K. Myślę, że będzie to z pożytkiem dla niego, zgodnie z jedną z prawniczych maksym, która mówi, że doświadczenie pozwala robić nowe błędy zamiast starych.

adw. Jacek Dubois