Pisać czy spać?

09.01.2012

Z kolegą z aplikacji Mecenasem Andrzejem Tomaszkiem łączy mnie pasja do prawa i do pisania. Siłą rzeczy obaj często piszemy o prawie. Dzieli nas pozycja zawodowa. Jako członek władz samorządowych Mecenas musi zachowywać wstrzemięźliwość. Jego wypowiedzi odbierane są jak oficjalne stanowisko władz samorządowych. Ja mam dużo łatwiej, jestem szeregowym członkiem Izby i nikogo nie reprezentuje poza sobą. Często mam zdanie zupełnie odmienne od władz samorządowych i bardzo dobrze mi z tym, bo mam, o czym pisać i o co się sprzeczać. Jedynym hamulcem mogą być zasady etyki zawodowej i wymagana od adwokata wstrzemięźliwość. Jednak owe reguły dotyczą naszych czynów i zachowań, a nie myśli. Zasady etyki nie mogą ograniczać prawa do myślenia i poglądów, że rzeczywistość można oceniać inaczej niż wynika to z tradycji zawodu.

Wbrew temu, co piszę sam jestem adwokackim konserwatystą z umiłowaniem do tradycji. Często lepiej bym się czuł w świecie opisywanym w  książce Fernanda Payena „O powołaniu adwokatury i sztuce obrończej”, niż we współczesnej rzeczywistości adwokackiej. Jednak tradycja nie może być hamulcem rozwoju jakiekolwiek profesji, ani powodować, że przez przywiązanie do niej grupa zawodowa daje się zepchnąć na margines. Bezrefleksyjne odwoływanie się do tradycji, czy precedensów może doprowadzić do absurdalnych sytuacji. Przykładem jest zdarzenie, o którym przeczytałem przed kilkoma laty – mogę zatem pomylić szczegóły. Królowa Brytyjska postanowiła odwiedzić zamorskie Imperia. Gdy przybyła do Australii jeden z witających ją oficerów miał przypięty do pasa ozdobny sztylet. Oficer prezentował się wykwintnie, jednak któryś z prawników oglądających uroczystość przypomniał sobie precedens prawny wywodzący się z siedemnastego wieku. Otóż osoba, która zbliża się z obnażoną bronią do Królowej popełnia zbrodnie, czego konsekwencją winno być ukaranie go karą śmierci przez ścięcie głowy.
W Anglii obowiązuje system proceduralny – prawo jest prawem – a zatem nierozważnemu oficerowi, który przed spotkaniem z Królową nie przeczytał siedemnastowiecznych ksiąg prawniczych, kat powinien odrąbać głowę. Nieszczęśnikowi się udało i na skutek zawiłych zabiegów prawniczych uszedł z życiem.

Zatem precedens, czy zwyczaj może okazać się zarówno ośmieszający jak i szkodliwy. Jednak do rzeczy.  Przywołałem Mecenasa Andrzeja Tomaszka w związku z jego publikacją w Palestrze z cyklu „Gawędy adwokata bibliofila”. Mój korporacyjny kolega snuje rozważania dotyczące reguł obowiązujących adwokata co do działalności publicystycznej, odwołującej się do praktyki zawodowej.

Mecenas zaczyna od przywołania obowiązującego w tym zakresie zwyczaju. Sam na zajęciach etyki wykłada, że „adwokat w zasadzie nie może za życia publikować utworów dotyczących prowadzonych przez siebie spraw, bo mógłby popaść w konflikt z zakazem ujawniania tajemnicy adwokackiej”. Po powołaniu się na tę zasadę Mecenas od razu wskazuje na szkody, jakie ona wywołuje, czyli ograniczenie możliwości pisania adwokackich pamiętników i dzienników, chyba, że byłyby one pisane „do szuflady”.

Czytając sformułowanie pisania „do szuflady” mimowolnie się uśmiechnąłem. Przy częstotliwości, z jaką przed kilkom laty organa ścigania przeszukiwały kancelarie adwokackie, sformułowanie pisanie „do szuflady” mogło by być równoważne ze stwierdzeniem pisanie „dla prokuratury”.

Wracając do tematu. Autor stwierdza, że „bezwzględność zakazu ujawniania tajemnicy nie jest wszakże jednoznacznie pojmowana. Obok jednolitych dotąd wypowiedzi o braku możliwości odstąpienie od niego pojawiają się głosy, że to klient jest dysponentem tajemnicy swego pełnomocnika i obrońcy. Klient może zatem zwolnić adwokata z obowiązku jej zachowania”. W konsekwencji autor uważa, że zagadnienie to zasługuje na poważną debatę, najlepiej pod aspiracjami naczelnych władz adwokackich. W moim dowolnym tłumaczeniu słowa Pana Mecenasa ubrane w gorset odpowiedzialnego członka władz samorządowych można zrozumieć w sposób następujący. Adwokatura, jako grupa zawodowa, jest w złej kondycji. Często jesteśmy postrzegani, jako hochsztaplerzy czy dorobkiewicze. Taki wizerunek często kreują osoby nierozumiejące ani roli ani obowiązków adwokatów. Również w literaturze czy filmach wizerunek adwokata jest wypaczany i identyfikowany z osobami, które reprezentuje. Nie jest to oczywiście regułą. Przykładowo, w książce „Zabić drozda” pojawiają się szlachetne adwokackie postaci.

W interesie nas samych jest dbanie o publiczny wizerunek adwokata, ujawnianie kulis jego pracy i zasad jakimi musi się kierować. Musimy uświadamiać opinię publiczną, że nie jesteśmy po to, aby pomagać bandytom by uniknęli sprawiedliwości, lecz po to by pilnować, że wobec każdego człowieka prawo jest stosowane w sposób sprawiedliwy. Jesteśmy bowiem gwarantem uczciwego procesu. Jeśli sami nie będziemy szerzyć wiedzy na temat profesji adwokata, to nikt za nas tego nie zrobi.

Możemy pisać dziesiątki patetycznych artykułów o misji adwokatury i wygłaszać kwieciste przemówienia na zjazdach. Jestem jednak przekonany, że nikt poza samymi zainteresowanymi nie będzie ich czytał, czy słuchał. Przekonywanie zaś adwokatów, że są potrzebni, jest zajęciem jałowym. Żeby zainteresować szerszą grupę odbiorców musimy mieć bardziej atrakcyjną ofertę. Może nią być twórczość publicystyczna nastawiona na masowego odbiorę – pamiętnikarska, czy literacka. Nasza praca dotyczy spraw ciekawych, często sensacyjnych. Opowiadając o nich możemy przemycić wiele ważnych treści o naszym zawodzie. Na sali sądowej odbywają się największe ludzkie dramaty: miłość, nienawiść, w końcu zbrodnia. Co może bardziej przyciągnąć czytelnika? Czy w takich dekoracjach adwokat nie wypadnie bardziej interesująco niż przemawiając na uroczystej akademii?

Pamiętniki, siłą rzeczy, opowiadają o sprawach, z którymi się zetknęliśmy. Jeśli przyjmiemy, że pod żadnym pozorem nie możemy tego robić, sami zakładamy sobie chomąto, nie pozwalające nadać naszej profesji właściwej rangi.

To wszystko dostrzega Mecenas Andrzej Tomaszek. Ja w jego powściągliwych słowach słyszę apel, żeby nie nakładać sobie samemu ograniczeń, które nie są niezbędne. Nasza praca daje nam tyle wrażeń, że wręcz grzechem byłoby zatrzymywać je tylko dla siebie. Obaj jesteśmy przekonani, że adwokaci nie tylko mogą, ale wręcz powinni pisać o swoich doświadczeniach i praktyce, bo w konsekwencji leży to w interesie korporacji. Różnica polega na tym, że Mecenas chciałby uzyskać na to zgodę adwokackiego areopagu. Ja takiej zgody nie potrzebuję, wychodząc z założenia, że prawo do komentowania spraw, z uwzględnieniem jasno określonych reguł, jest oczywiste, a szukanie zgody na rzeczy oczywiste najbardziej czcigodnych gremiów jest stratą czasu wszystkich zainteresowanych.

Jeśli zaś adwokatura sama zamierzałaby nałożyć sobie uprząż nie powinna narzekać na jej ciężar, czyli narzekać, że jako grupa zawodowa jest nierozumiana i niedoceniana.

Nie widzę powodów, które zabraniałyby adwokatowi w publicystyce, czy literaturze, przy zachowaniu kilku podstawowych reguł, nawiązywać do spraw, które prowadził.

Ograniczenia mogą wynikać z tajemnicy zawodowej, której dysponentem jest klient, ze specyfiki sprawy, naszego poczucia odpowiedzialności i lojalności.

Tajemnica zawodowa nie dotyczy przebiegu sprawy, tylko tego co klient powiedział nam jako obrońcy. Sam proces sądowy jest jawny, dostępny dla mediów i publiczności. Jeżeli opiszemy historię, która rozgrywa się na oczach milionów widzów i zrobimy to z pozycji obserwatora nie odwołując się do faktów wynikających z relacji klient–adwokat, nie naruszymy tajemnicy zawodowej. Innym zagadnieniem jest zasada lojalności. Klient może chcieć, by jego sprawa jak najszybciej została zapomniana i zniknęła z zainteresowania opinii publicznej. Wtedy zasada lojalności jest ważniejsza od pasji literackich obrońcy. Gdy samo zagadnienie prawne jest ciekawe, możemy dokonać zabiegu zamiany pewnych elementów, by interesująca historia opisywana prawniczo, bądź obyczajowo, nie łączyła się z konkretną sprawą i osobami.

Nie zgadzam się z tezą o bezwzględnym zakazie ujawnienia tajemnicy adwokackiej. Tajemnica ta pochodzi od naszego klienta i to on jest jej jedynym dysponentem. Zawsze klient powierza nam przynajmniej część wiedzy po to, żeby zrobić z niej użytek. Jeśli uzasadniamy wniosek dowodowy, robimy to w oparciu o informacje uzyskane od klienta w trakcie porady prawnej. Zatem ujawniamy elementy, lub całość tajemnicy adwokackiej oczywiście za  zgodą klienta i w jego interesie. Co z tajemnicą zawodową, gdy klient przychodzi do nas i w przekonywujący sposób uzasadnia, że jest niewinny. Czy przekazane argumenty mamy zachować dla siebie? Oczywiście, że nie – byłby to absurd. Wiedzę pochodzącą od klienta pożytkujemy publicznie z zastrzeżeniem, że to klient decyduje o tym co z przekazywanych nam przez niego informacji, możemy ujawnić. Klient może nas zwolnić z tajemnicy w zakresie zarówno działań procesowych, jak i wystąpień publicznych. W dzisiejszych czasach obrona to już nie tylko występowanie w procesie, ale również obrona przed sądem opinii publicznej w mediach.  Zgodne z rzeczywistym interesem klienta, naszym obowiązkiem jest kontrola i przekazywanie powierzonej nam wiedzy publicznie .

Zgoda klienta na ujawnienie tajemnicy nie może być dorozumiana, tylko wydana w sposób nie budzący wątpliwości. Często sam klient chce, żeby jego historia nabrała wymiaru ogólnego i prosi by ją upublicznić. Jeżeli jest to w jego interesie i służy dobrej sprawie, nie widzę powodu by adwokat nie opisał wydarzeń, których był uczestnikiem po tym, gdy dramat sądowy zostanie już rozegrany, a opis nie będzie miał wpływu na wymiar sprawiedliwości. Adwokat Henryk Nowogródzki wydał pamiętniki i świat z tego powodu nie runął. Wiele procesów, jak choćby sprawa Gorgonowej, było ekranizowanych. Nie widzę powodów by przy zachowaniu zasad etyki, autorem scenariusza był adwokat. Ja, bawiąc się piórem, mam prostą zasadę, jeśli po zakończeniu procesu czyjaś historia mnie zafascynuje, pytam wprost czy i w jakim zakresie mogę z niej literacko korzystać. Jeśli dostanę zgodę i nie zaszkodzę tym klientowi opisuje ją. Oczywiście chodzi mi o historie, a nie swój udział w niej jako obrońcy, bo nasze uczestnictwo w sprawie powinno pozostać w cieniu. Są oczywiście wyjątki, np. zabawne zdarzenia powinny przechodzić do zbiorów anegdot prawniczych, a nasze wpadki winny służyć przykładem, by nasi następcy nie powtarzali ich na salach sądowych.

Mecenas Andrzej Tomaszek w swoim artykule apeluje do adwokatów, by jak najwięcej pisali. Uważa, że „obraz adwokatury można kształtować piórem w literaturze, w dramacie, w gazetowych formach. A jeśli miałyby temu przeszkodzić przepisy o zawodowej etyce, to warto je w interesie adwokatury zliberalizować”.

Z tym byśmy pisali zgadzam się w stu procentach. Może tylko nie jak najwięcej, ale jak najlepiej. Nie uważam natomiast, by przepisy należało liberalizować i na żadną liberalizacje czekać nie zamierzam. Jeśli będziemy pisać z wyczuciem, szanując interesy klienta, pozostaniemy w zgodzie z zasadami etyki.

Mam tylko nadzieje, że po apelu Mecenasa Andrzeja Tomaszka aby adwokaci jak najwięcej pisali, kancelarie nie zaczną masowo prowadzić adwokackich blogów. W czarnym śnie widziałem już wpisy:
Poniedziałek
- wygrana 1 sprawa
wtorek
- wygrane 2 sprawy
środa
- wygrane 4 sprawy
czwartek
- świat zdobyty

Pisać warto, jeśli taka potrzeba wynika z duszy, a pisanie nie staje się jedynie narzędziem autopromocyjnym. Publicystyka reklamowa znajdzie szybko swoje miejsce tam, gdzie większość druków reklamowych – czyli w koszu na śmieci.

Byłoby fantastycznie, gdyby Mecenas Andrzej Tomaszek ze swoim świetnym dorobkiem publicystycznym zamiast przekonywać, że powinniśmy pisać, mógł, na zajęciach zorganizowanych przez Radę Adwokacką, poprowadzić warsztaty literackie dla prawników. Przyszłym uczestnikom tych zajęć życzę połamania piór i klawiatur.

Adw. Jacek Dubois

Tagi: obrońca, etyka, tajemnica

Share on FacebookShare on TwitterShare on LinkedInSend Email